Jest między nami chemia

13 lutego 2018

Zastanawialiście się kiedyś, po co w ogóle potrzebna nam miłość? Czy bez tych wszystkich porywów serca, zawodów, kłótni i powrotów nie byłoby nam łatwiej? Być może mielibyśmy spokojniejsze życie, ale nie potrwałoby ono zbyt długo. Miłość jest gwarantem przetrwania naszego gatunku. Bez niej ród ludzki dawno by wyginął.

Przez długie lata monopol na pisanie o miłości mieli poeci i autorzy romansów. Ale człowiek XXI wieku chce wiedzieć wszystko o wszystkim, nawet o tak pozornie irracjonalnym zjawisku, jakim jest zakochanie się. Pozornie, bo – jak się okazuje – miłość to czysta fizjologia. Kiedy poznajemy potencjalnego partnera życiowego, w naszym mózgu zachodzi szereg reakcji chemicznych, z których każda wywołuje inne skutki dostrzegalne na zewnątrz. Prześledźmy krok po kroku, co kryje się za tajemniczym stanem zakochania.

3 kroki do zakochania się

Naukowcy wyróżnili trzy podstawowe fazy rozbudzania uczucia miłości, które można by nazwać „zakochaniem się od pierwszego wejrzenia”, bo dotyczy pierwszego spotkania dwojga ludzi. Na tym początkowym etapie rejestrujemy szczegóły wizualne, jak wzrost, figura, kolor włosów, oczu, rysy twarzy, elementy ubioru. Jednocześnie z bodźcami wzrokowymi odbieramy sygnały wyłapywane przez słuch (barwa głosu, śmiech) oraz węch (feromony). Te wszystkie dane przesyłane są do mózgu z oszałamiającą prędkością ponad 400 km/h. Nasze ciało naprawdę bardzo się spieszy, by zweryfikować atrakcyjność potencjalnego kandydata na partnera. Drugi etap to sortowanie informacji i zestawianie ich z zakodowanymi w mózgu wzorcami doznań pozytywnych i negatywnych. To kluczowy moment całego procesu. Jeśli organizm zawyrokuje, że to, co widzi, słyszy i czuje, nie pokrywa się z pozytywnymi sygnałami przechowywanymi w pamięci – będzie trzymał dystans wobec nowo poznanej osoby. Ale jeśli sygnały okażą się pozytywne, mózg otworzy się na fazę trzecią. Kluczową rolę w ostatnim etapie procesu zakochiwania się odgrywa podwzgórze, czyli hipotalamus. Ta część międzymózgowia, stymulowana przez pozytywne bodźce, rozpoczyna produkcję fenyloetyloaminy (PEA). I znów wszystko rozgrywa się błyskawicznie, bo już po 4 sekundach od rozpoznania sygnałów przesyłanych do mózgu przez zmysły. Nasze serce zaczyna intensywniej bić, oddech staje się szybszy, a kobietom błyszczą oczy – to znak, że zakochanie jest w toku.

Feromony, czyli zapach, którego nie czuć

O ile odbieranie bodźców wzrokowych i słuchowych jest oczywiste, należałoby wyjaśnić, czym są owe feromony, które ponoć znacząco wpływają na naszą ocenę potencjalnego partnera. Każdy człowiek posiada swoją naturalną woń, będącą mieszaniną związków chemicznych wykorzystywanych do komunikowania się z otoczeniem. Oczywiście nie jesteśmy w stanie kontrolować wydzielania owego zapachu – wszystko odbywa się poza naszą świadomością. Podobno u mężczyzn te substancje semiochemiczne znajdują się w pocie i oddechu. Woń feromonów nie jest wyczuwalna przez nos tak jak inne intensywne zapachy. Odbiera ją jedynie bardzo czuły narząd lemieszowo-nosowy, zwany inaczej narządem Jacobsona. Wiemy, że powstaje on już w stadium embrionalnym rozwoju człowieka, w III trymestrze ciąży, ale naukowcy wciąż spierają się, czy jego działanie w organizmie ludzkim jest równie istotne, jak na przykład u gadów, dla których stanowi główny organ zmysłu powonienia. Część badaczy dowodzi, że feromony pomagają nam w wyborze partnera, z którym będziemy mieli szansę spłodzić zdrowe potomstwo. Zmysły szukają osoby, która możliwie najbardziej się od nas różni – odmienności pozwolą na uzupełnienie uszkodzonych miejsc w naszym DNA genami partnera, dzięki czemu kolejne pokolenie będzie zdrowsze.

Sercowa rewolucja zaczyna się w mózgu

Burza hormonalna to nie tylko domena okresu dojrzewania. Okazuje się, że także mózg zakochanych przechodzi prawdziwą rewolucję. Amerykańscy naukowcy zastosowali technikę pozytonowej tomografii emisyjnej (PET), by wyszukać obszar mózgu reagujący szczególnie mocno na procesy zakochania – nazwali go ośrodkiem miłości. Mowa o wspomnianym już podwzgórzu, części mózgu odpowiedzialnej za procesy metaboliczne i pewne funkcje układu nerwowego. Gdy dojdzie do spotkania dwojga ludzi, którzy rozpoznają się nawzajem jako potencjalnie godni zainteresowania, zaczyna się reakcja łańcuchowa – mózg wydziela kolejne hormony zwane neuroprzekaźnikami. To na nie możemy zrzucić winę za wszystkie, pozornie irracjonalne, zachowania, jakie towarzyszą nam na wczesnym etapie rozwoju miłości.

CZY WIESZ, ŻE…
miłość widnieje na liście WHO wśród chorób związanych z zaburzeniami psychicznymi i ma numer F63.9.

Karuzela hormonalna

Pierwszym hormonem, który zaczyna być wydzielany, kiedy dojdzie do zakochania, jest fenyloetyloamina, znajdująca się również w… czekoladzie, i to w niemałych ilościach. Będąc pod jej wpływem, odczuwamy nieuzasadnioną radość, jesteśmy pewni siebie, podnieceni, z jednej strony pełni werwy i ochoty do działania, a z drugiej – nieco rozkojarzeni. Nie wszystkie reakcje organizmu będą jednak tak łagodne. Nie bez powodu neuroprzekaźnik PEA nazywany jest narkotykiem miłości, należy w końcu do grupy amfetamin. Tym samym powoduje bezsenność, brak tchu, zaburzenia łaknienia, a nawet stany niepokoju i depresji. Miłość to zdecydowanie niełatwa sprawa. Kiedy wzrasta poziom fenyloalaniny, równocześnie rozpoczyna się produkcja innego neuroprzekaźnika – noradrenaliny. Nie wiemy o niej jeszcze zbyt wiele, ale podejrzewa się, że działa podobnie do adrenaliny, to znaczy: podwyższa ciśnienie, przyspiesza bicie serca, zwiększa poziom glukozy we krwi, a zmniejsza apetyt. Noradrenalina przygotowuje także organizm do prokreacji w sensie bardzo dosłownym, i nie chodzi tylko o romantyczne zaróżowienie policzków wywołane skurczami naczyń krwionośnych. Ciała w stanie zakochania są lepiej ukrwione, szczególnie w okolicach łechtaczki i prącia, ponadto zwiększa się wrażliwość na dotyk. Partnerzy zaczynają czuć do siebie wyraźny pociąg fizyczny.

Szczęście, które można zmierzyć

Zachodząca w organizmie reakcja łańcuchowa przyczynia się do uaktywnienia kolejnej partii hormonów – dopaminy i serotoniny. Ta pierwsza zwana jest potocznie hormonem szczęścia i rzeczywiście odpowiada w mózgu za odczuwanie przyjemności. Skoki dopaminy powinniśmy znać bardzo dobrze z życia codziennego. Jej poziom wzrasta zawsze, kiedy dostajemy jakąś nagrodę, nie tylko materialną, ale też emocjonalną. To ona daje nam motywację do działania, by po tę gratyfikację sięgnąć. Ponieważ w przyrodzie musi zostać zachowana równowaga, każdy skok dopaminy pociąga za sobą obniżenie poziomu serotoniny we krwi. Ona z kolei odpowiada za prawidłową komunikację między komórkami nerwowymi, a więc między innymi za spokojny sen i poczucie odprężenia. Gdy zabraknie serotoniny, jesteśmy rozkojarzeni i trudno nam się skoncentrować na wykonywanych czynnościach. To właśnie dlatego zakochani w pierwszej, najbardziej intensywnej fazie rozwoju uczucia nie powinni walczyć o tytuł pracownika roku – ich mózg z góry skazuje te wysiłki na porażkę.

Żeby zrekompensować owe braki, dopamina pobudza organizm także do produkcji oksytocyny i wazopresyny. Te dwa hormony występują nie tylko w mózgu, ale też w jajnikach (oksytocyna) i jądrach (wazopresyna). Oksytocyna łagodzi stres, obniża ciśnienie krwi, a nawet działa przeciwbólowo. Z kolei wazopresyna pobudza naczynia krwionośne do skurczów i podwyższa ciśnienie, stawiając organizm w stan gotowości. Oba te hormony, choć działają odmiennie, pomagają wytworzyć więź między partnerami – kobieta chce czuć się bezpiecznie, a mężczyzna czuje, że potrafi jej to bezpieczeństwo zapewnić.

CZY WIESZ, ŻE…
Jedynie 3 proc. ssaków łączy się w związki monogamiczne

Nic nie trwa wiecznie

Podkreślmy raz jeszcze, że nad wszystkimi wymienionymi wyżej hormonami – noradrenaliną, dopaminą, serotoniną i oksytocyną oraz wazopresyną – czuwa neuroprzekaźnik nadrzędny, czyli PEA. To ona zarządza produkcją pozostałych substancji i kontroluje ich ilość w organizmie. Oznacza to, że bez fenyloetyloaminy stan zakochania nie miałby prawa ani zaistnieć, ani dłużej się utrzymać. Zła wiadomość jest taka, że ponieważ PEA jest pochodną narkotyku, organizm stopniowo uczy się na nią uodparniać… Szybkość reakcji mózgu jest różna. U części osób już po 1,5 roku od zakochania się poziom tego neuroprzekaźnika wyraźnie spada, u innych utrzymuje się nawet do 4 lat. Nie oznacza to jednak definitywnego końca związku, a jedynie kolejną jego fazę, w której – naturalnie – znów kluczową rolę odgrywają hormony. Wraz ze zmniejszaniem się stężenia fenyloetyloaminy do głosu dochodzą tłumione dotąd endorfiny. To znane między innymi sportowcom hormony szczęścia, których produkcję możemy pobudzić także przez wysiłek fizyczny, śmiech, czekoladę, a nawet opalanie się. Zwiększają one poczucie zadowolenia z siebie, tłumią ból i stany niepokoju. A co najważniejsze – w przeciwieństwie do fenyloetyloaminy – nie zanikają tak szybko i mogą przez długie lata stymulować reakcje naszego organizmu, między innymi głębokie uczucie do partnera.

Czy można zaprogramować miłość?

Skoro procesami zakochiwania się sterują hormony, pobudzane przez zupełnie od nas niezależne bodźce w postaci feromonów to, czy jest jakakolwiek szansa, byśmy choć w części przejęli kontrolę nad własnymi uczuciami? Już wieki temu ludzie próbowali stworzyć recepturę eliksiru miłości. Jeden z takich przepisów zachował się na egipskim papirusie, a wśród składników znalazły się: łupież z głowy nieboszczyka, ziarna jęczmienia, pestki z jabłek, krew kleszcza wyrwanego z ciała czarnego psa, kropla krwi z serdecznego palca i odrobina nasienia osoby sporządzającej eliksir. W średniowieczu czarownice próbowały zjednywać kochanków swoim klientom między innymi dzięki mandragorze czy cynamonowi. Ten ostatni zresztą do dziś uważany jest za afrodyzjak, czyli substancję zwiększającą popęd płciowy.

Jeśli nie pokładamy wiary w ludowych specyfikach, warto skoncentrować się na elemencie, który możemy z łatwością kontrolować, a mianowicie na mowie ciała. Jak rozpoznać, że rozmówca jest nami zainteresowany? Jeśli jesteśmy pozytywnie nastawieni do partnera, w czasie rozmowy nasze brwi unoszą się ku górze, a źrenice niemal niezauważalnie się powiększają. To sztuczka organizmu, by wpuścić więcej światła do oka i odebrać silniejsze bodźce wizualne – w końcu potencjalnemu kochankowi trzeba się dobrze przyjrzeć. Także nozdrza rozszerzają się delikatnie, i ta reakcja znów ma na celu ułatwienie kolejnemu zmysłowi odebrania sygnałów, które zostaną potem zinterpretowane przez mózg jako pozytywne lub negatywne.

Pozostaje tylko zadać pytanie, czy rzeczywiście byłoby dobrze, gdybyśmy mieli pełną kontrolę nad stanem swojego umysłu i procesem zakochiwania się? Czy nasze racjonalne spojrzenie na rzeczywistość nie wolałoby zrezygnować z miłości, za cenę spokoju i względnej stabilizacji? Na szczęście natura wciąż jeszcze pod wieloma względami decyduje za nas i tym sposobem przyczynia się do przetrwania gatunku Homo sapiens. Naszym zadaniem jest tylko poddać się temu i niczego po drodze nie zepsuć.

Ewa Popielarz
Artykuł pochodzi z lutowego wydania magazynu „Strefa Zdrowia dla Każdego”