Gdy dziecko zamyka za sobą drzwi

17 października 2017

Syndrom pustego gniazda. Obok meno- i andropauzy oraz przejścia na emeryturę jest jednym z najbardziej stresogennych zjawisk, z jakimi zmagają się młodzi seniorzy. Kogo najczęściej dotyka, jak się objawia i czy można sobie z nim samodzielnie poradzić?

Człowiek je hołubi, dba o nie i wychowuje, nie szczędząc serca, czasu, sił i środków. Karmi, tuli do snu, opiekuje się. Potem doradza, pociesza, dba o odpowiednie wychowanie, wykształcenie, o to, by wyszły na ludzi. A na koniec one, silne tym, co otrzymały w rodzinnym domu, śmiało wyfruwają z gniazda. Na studia. Na swoje. W małżeństwo. Gdy dom opuszcza ostatnie dziecko, rodzice zostają w nim sami – z nagłą ciszą, pustką, mnóstwem wolnego czasu i przekonaniem, że przestali być potrzebni. Ten ostatni efekt potęgują często perspektywa nieubłaganie nadchodzącej emerytury i przemiany zdrowotne. Dotykającej mężczyzn andropauzie, czyli męskiemu przekwitaniu, oraz przekwitaniu kobiecemu (menopauzie), poza zmianami fizycznymi, towarzyszą też zmiany psychiczne – drażliwość, pogorszenie nastroju, czasem także depresja. Nie pomaga to osamotnionym z nagła ludziom walczyć ze smutkiem, jaki towarzyszy wyprowadzce dorosłych pociech. Kogo najmocniej dotyka syndrom pustego gniazda? Najbardziej oczywista, intuicyjna odpowiedź brzmi: matkę. Owszem, choć nie wszystkie równie mocno. Na cierpienia psychiczne: lęki egzystencjalne, depresję, odczuwanie wewnętrznej pustki i beznadziei, w skrajnych przypadkach także poczucie bycia zdradzoną, które to objawy definiujemy właśnie jako syndrom pustego gniazda, najbardziej narażone są rodzicielki jedynaków. Co jest łatwo wytłumaczalne, skoro matka wielu dzieci, nim wypuści w świat ostatnią swą pociechę, pożegna jedno, dwoje lub więcej starszych. Każda kolejna wyprowadzka staje się więc łatwiejsza. Chyba że mamy do czynienia z matką nadopiekuńczą, której całe dotychczasowe istnienie od momentu narodzin pierwszego potomka skoncentrowane było wyłącznie na dzieciach, im podporządkowane, dla nich przeżywane. Innymi słowy kobiet, które definiują się wyłącznie jako ja–matka, na drugi, trzeci, albo n-ty plan spychając inne role społeczne, takie jak: ja – żona, ja – kobieta, ja – pracownik, czy wreszcie ja – człowiek, jednostka autonomiczna. Takie kobiety, póki mają potomstwo przy sobie, żyją iluzją, że ten stan nigdy nie ulegnie zmianie. Trzaśnięcie wyjściowych drzwi, za którymi znika domagające się prawa do samodzielności dziecko, boleśnie sprowadza je na ziemię.

Opuszczeni ojcowie

A co z mężczyznami? Czyżby ich nie bolała wyprowadzka dziecka? Boli, choć zwykle jednak nie tak mocno jak kobiety. Chyba że owej wyprowadzce towarzyszy poczucie winy. Odwrotnie niż w przypadku matek, na syndrom opuszczonego gniazda cierpią ojcowie obwiniający się o to, że poświęcali swoim niedorosłym jeszcze dzieciom niedostateczną ilość uwagi. Czy to ze względu na sprawy zawodowe, czy też z przyczyn kulturowych – wychowanie dzieci, szczególnie przez starszych mężczyzn, wciąż bywa postrzegane jako domena kobiet – nie ma to znaczenia. Tatę także może dotknąć poczucie utraty pozycji najwyższego autorytetu, odczucie osamotnienia i bycia nagle mniej potrzebnym. A ponieważ wyfruwanie dzieci z gniazda często zbiega się w czasie z okresem podsumowań, robienia bilansu życia zawodowego, który nie zawsze wychodzi na plus, może okazać się tym trudniejsze do przepracowania.

Na szczęście „… w sercu ciągle maj…”

Jak sobie z tym wszystkim poradzić? Po pierwsze – pozwalając sobie na przeżycie smutku. Wyprowadzenie się z domu ostatniego dziecka jest momentem przełomowym w życiu jego rodziców! Okres „tuż po” ma w sobie coś z żałoby. Poczucie utraty, żal, zagubienie są naturalne i nie należy ich negować, zamiast tego trzeba dać sobie trochę czasu. Badania nad osobami, które dotyka syndrom pustego gniazda, dają nadzieję. O ile nie próbują dzieci przy sobie na siłę zatrzymać, dręcząc bezustannymi kontrolnymi telefonami, obrzydzając perspektywę samodzielnego życia i szantażując swoim stanem zdrowia (co się niestety zdarza dość często!), większość rodziców dosyć szybko wraca do równowagi. Uświadamiają sobie bowiem, że spokój i cisza, które nagle zapanowały w domu, oznaczają nie tylko stratę, lecz także na nowo odzyskaną wolność! Przede wszystkim wolność od obowiązku dbania i karmienia. Syndrom pustego gniazda rysuje więc na życiowym horyzoncie perspektywę „drugiej młodości”, której warto dać szansę i spędzić ją w sposób, na jaki brakowało czasu, sił i środków za młodości pierwszej. Jej druga odsłona to czas, który można poświęcić na odnowienie więzi z małżonkiem, dawno odłożonej na bok pasji, zdobyciu nowych umiejętności czy też pracy na rzecz „dużej rodziny” – np. lokalnej społeczności. Warto ten czas dobrze wykorzystać, skoro w kolejce po uwagę już wkrótce ustawić mogą się wnuki!

CO JEST GORSZE OD PUSTEGO GNIAZDA? GNIAZDO ZAGRACONE!

Tym drugim terminem określa się sytuację, w której dzieci wcale nie wyprowadzają się z domu, bądź z jakiegoś powodu (np. utraty źródła dochodów) do niego powracają. Po tym, jak matka albo oboje rodzice pogodzili się już z wyprowadzką i usamodzielnieniem się pociech, ponowne wspólne zamieszkanie okazuje się trudne dla obu stron. Młody dorosły nie chce być pouczany jak dziecko, rodzice z kolei nie życzą sobie pełnić dłużej opiekuńczej, tym bardziej obsługowej roli. Jak wskazują badania socjologiczne, taka sytuacja budzi niechęć nawet u matek, które uprzednio cierpiały na silny syndrom pustego gniazda

Justyna Wydra
Artykuł pochodzi z październikowego wydania magazynu „Strefa Zdrowia dla Każdego”